johannesburg car travel

Przekroczyć granicę

Po jedenastu godzinach podróży wylądowaliśmy w Johannesburgu. Pamietam ten straszny upał. Marzyłam by wziąć prysznic i przebrać się w coś letniego. Prosto z lotniska pojechaliśmy odebrać, wcześniej zarezerwowane auta 4×4. Jeżeli możecie sobie wyobrazić, są to auta terenowe w których wszystko przygotowane jest pod biwakowanie. Na dachu każdego z nich zamontowane są dwa namioty dwuosobowe. Dodatkowo w wyposażeniu znajduje się kuchnia polowa wraz z butlą gazową i całym sprzętem do gotowania. Okazało się że jest nawet rozkładany prysznic, z którego teraz nie mogłam skorzystać. Taki domek na kółkach, który można rozbić w każdym miejscu. Oczywiście na własne ryzyko.  

Johannesburg zdążyłam zobaczyć jedynie zza szyby samochodu. To miasto nie sprawiło na mnie większego wrażenia. Nie tylko, że utkwiło mi w pamięci jako jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie ale może też dlatego, że nie mieliśmy zbyt dużo czasu by przyjrzeć mu się z bliska.

car travel africa

Zaraz po załatwieniu formalności związanych z wynajmem aut, ruszyliśmy w drogę. Zbliżał się wieczór, wiec nie mieliśmy dużo czasu. Oddaliliśmy się od Johannesburga niecałe 200km w kierunku północnym i dotarliśmy do Bosveld, gdzie spędziliśmy pierwsza noc.

Byliśmy zbyt zmęczeni, dlatego postanowiliśmy skorzystać z hotelu i przespać się w wygodnym łóżku.

Następnego dnia obudził nas piękny listopadowy poranek, wstaliśmy bardzo wcześnie by zaraz po śniadaniu ruszyć w dalszą drogę. Słońce dopiero co wschodziło, mimo tak wczesnej pory można było odczuć, że nadchodzi upalny dzień.

Podczas gdy w Europie panowała zima tu właśnie rozpoczynało się lato. Naszym pierwszym celem było przekroczenie granicy z Botswana i dotarcie do Livingstone, gdzie czekali na nas pozostali znajomi z Paryża.

Do granicy mieliśmy około 300 km. Wszystko było dla mnie nowe i takie piękne, robiłam zdjęcia jedno za drugim. Nadal nie mogłam uwierzyć ze jestem w Afryce. Żar lal się z nieba, bez klimatyzacji nie dało się wytrzymać. Z przykrością przyznaje ze drogi były lepsze niż niejedne w Polsce. Musieliśmy jednak uważać na krowy, osły i kozy które bez strachu przechadzały się po asfaltowej nawierzchni. Na przydrożnych straganach, można było kupić arbuzy, melony i inne soczyste owoce. Na sam widok dostawałam ślinotoku. Tak w doskonałym nastroju mijaliśmy urocze wioski i podziwialiśmy krajobrazy. Po trzech godzinach dotarliśmy do granicy z Botswaną.

road travel journey

Przejście graniczne nie było duże ani też zbytnio zatłoczone, wydawało się że wszystko pójdzie sprawnie. Teraz najważniejsze przygotować paszporty i dokumenty pojazdu. Nagle zrobiło się nerwowo, brakowało jednego paszportu.Nasz znajomy Manu zgubił paszport. Nie to niemożliwe, przecież musi gdzieś być. Przekopaliśmy wszystkie torby, niestety…

Co teraz będzie, gdzie szukać? W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, najgorszą z opcji, paszport mógł zostać w hotelowym pokoju. Natychmiast skontaktowaliśmy się z recepcją. Oczywiście! Pokojówka znalazła paszport, był w toalecie. Nie, to się nie dzieje naprawdę. Korzystając z toalety, paszport musiał mu wypaść z tylnej kieszeni.

Ale co dalej, nie mieliśmy wyjścia trzeba było wracać. Na samą myśl zrobiło mi się słabo. Wracać z powrotem 250 km by potem znów jechać 250km. Czyli razem ponad 500 km.

Postanowiliśmy się rozdzielić. Nie było sensu byśmy pokonywali tę samą trasę dwoma autami. My mieliśmy zaczekać na miejscu.  Manu z Danym musieli wrócic do hotelu. Nie było innego wyjscia.

Tak spędzlismy resztę dnia na stacji benzynowej, w pobliżu granicy…

 

 

Post Author: Paulina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may also like

„Wyprawa na Safari”

Wyprawa na Safari   Piękny wschód słońca, śniadanie na świeżym

„Antyczne, kryształowe”

Antyczne, kryształowe Wydawałoby się, że na południu Francji zawsze świeci

„Na placu pod Iglicą”

Na placu pod Iglicą W czasie mojego pobytu w Polsce

Blog