Botswana- Zambia

Doczekaliśmy się, pół dnia spędzone na stacji benzynowej, wydawało się być wiecznością . W końcu wrócili cali, zdrowi i zmęczeni, oczywiscie ze swoja zguba, paszportem. Nareszcie mogliśmy przekroczyć granicę RPA z Botswaną. Było już popołudnie, na przejściu granicznym spędziliśmy około godziny, obeszło się bez większych przygód. Postanowiliśmy przenocować w Francistown, więc mieliśmy jeszcze do pokonania ponad 200 km. Chcieliśmy nadrobić stracony czas i jak najszybciej dotrzeć do pozostałej dwójki naszych znajomych, którzy czekali zaraz za granicą w Zambii. Pod wieczór dotarliśmy w okolice Francistown, na pole campingowe, które znaleźliśmy na trasie. To był nasz pierwszy biwak. Byliśmy bardzo zmęczeni ale nie mielismy wyjscia, najpierw musieliśmy rozłożyć cały sprzęt. Oczywiście nie mogło się obejść bez uroczystej kolacji. Po tak męczącym dniu, grill i zimne piwko było jak spełnienie marzeń. Wtedy nie byłam już nawet tak zmęczona, cieszyłam się że ostatecznie wszystko sie udało i jesteśmy wszyscy razem. Ten wieczór był tak cudowny, pierwsza prawdziwa noc pod gołym niebem. Głucha cisza i cykające w oddali afrykańskie świerszcze, do tego piskliwe odgłosy dzikich zwierząt. Mimo wszystko nie bałam się, wiedziałam że byliśmy w bezpiecznym miejscu, a pole campingowe było ogrodzone.

Następnego dnia z samego rana, zaraz po śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę, czyli w stronę Zambii. Jadąc mijaliśmy słonie. Wyobraźcie sobie stały pod drzewami, całymi rodzinami tuż przy drodze. Wcześniej znaki ostrzegawcze, uwaga słonie wydawały mi się śmieszne. Do momentu, gdy przejeżdżając na poboczu zobaczyliśmy jednego z nich, ale martwego. Został potrącony przez tira. Kupa mięsa i wywalonych flaków przy takiej temperaturze. Coś strasznego, okropny widok i ten nieprzyjemny zapach. Tak mi go było szkoda, nawet nie chcę tego wspominać. Zastanawiałam się jak ktoś mógł nie zauważyć na drodze wielkiego słonia. Po tym przerażającym widoku postanowiliśmy zrobić krótką przerwę, zatrzymaliśmy się na parkingu. Pod drzewem stał drewniany stół i ławki, a obok tablica, postój na własne ryzyko. Bardzo zachęcające miejsce, już miałam przed oczami siebie jak na głowę spada mi wąż. Oczy miała szeroko otwarte i w sumie jedyne o czym marzyłam to wsiąść do auta i jechać dalej.

Po całym dniu drogi dojechaliśmy do granicy, Botswana- Zambia. To co tam zastaliśmy, było niemożliwe, przejście graniczne Botswany. W biurze czekaliśmy w długiej kolejce by zdać wypełnione dokumenty i zameldować auta. Minęła godzina, jedna, druga. Nareszcie! Byliśmy gotowi by wsiąść na prom. Tak! Afrykańskim promem musieliśmy przepłynąć na druga stronę rzeki by dotrzeć do Zambii. Od razu podbiegła do nas grupa tutejszych, zapewniając że pomogą nam we wszystkim i przyspieszą formalności związane z odprawa, a dzięki ich znajomościom sprawnie ominiemy kolejki. Daliśmy się złapać na przynętę, wtedy jeszcze niczego nieświadomi, naiwni turyści. Przed wejściem na prom, o ile można było to tak nazwać, mieliśmy zapłacić naszemu pomocnikowi 30 dolarów. Pomyśleliśmy, że jak ma nam pomóc by wszystko poszło sprawnie, czemu by nie skorzystać. Załadowaliśmy się wszyscy na tą ich tratwę, niby prom, z nami jakaś ciężarówka, obok nasze dwa auta i tłum ludzi z tobołami. Myślałam sobie wtedy Boże, gdzie ja jestem, wakacje marzeń. Gdzie mój drink i egzotyczne plaże. Pięć minut byliśmy na drugim brzegu. Chciało mi się śmiać, ale się powstrzymałam, bo jednak nie był to najlepszy moment.

Dotarliśmy do biura i od nowa, wypełnienie dokumentów, wyczekiwanie aż nadejdzie na nas czas. Milion pytań, po co tu przyjechaliśmy, na ile jaki mamy plan. Gdzie ten gościu co miał nam pomóc. Od razu wiedziałam, ze coś tu nie gra. Tak spędziliśmy tam około trzech godzin, bez obiecanej pomocy. Po całym tym zamieszaniu, w końcu  mogliśmy opuścić biura i jechać dalej. Pamiętam jak wsiedliśmy do auta, a tu nagle odnalazł się nasz niby pomocnik ale tym razem z dziesięcioosobową ekipą. Stanęli tak, że nie mogliśmy wyjechać i zażądali 200 $ od każdego auta. Początkowo wybuchnęliśmy śmiechem, że chyba sobie robią jaja. Jednak nikt inny się nie śmiał, a ich miny wcale nie świadczyły o tym że żartują. Sytuacja zrobiła się napięta. Miałam wrażenie, że zaraz któryś z nich wyciągnie noż. Wyszliśmy z auta, by udać się do biura i zapytać kim są te osoby, bo chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Po czym usłyszeliśmy od pani w biurze, że to normalne, oni są tu z tego znani, a to ich stałe numery. Mimo to natrętni pomocnicy nie dawali za wygraną, nie pozostało nam nic innego jak uciekać, bo niby za co mieliśmy im płacić. Akurat odpowiedzialność spadła na mnie, bo byłam za kierownicą, nogi strasznie mi sie trzesly, ale kto jak nie ja! Wszyscy wsiedli do auta gaz do dechy i rura. Tyle co ich widziałam w dymie kurzu, biegnących za autem. Tak właśnie wyglądało przejście graniczne do Zambii!

Serie 881

Post Author: Paulina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may also like

„Wyprawa na Safari”

Wyprawa na Safari   Piękny wschód słońca, śniadanie na świeżym

„Devil’s Pool”

Devil’s Pool Oddalone od dróg, ukryte gdzieś w polach, otoczone

„Aleją kwitnących pomarańczy”

Aleją kwitnących pomarańczy  Sewilla, to jedno z najpiękniejszych hiszpańskich miast jakie miałam okazje zobaczyć. Stolica Andaluzji

Blog