Wyprawa na Safari

 

Piękny wschód słońca, śniadanie na świeżym powietrzu i zapach kawy, parzonej w metalowym garnku, czyli espresso w warunkach polowych. Tak rozpoczął się nasz kolejny dzień. Nie możemy jednak zbyt długo się relaksować i cieszyć tym miłym porankiem, by nie tracić czasu. Chcemy jak najwcześniej przekroczyć granicę, Zambia-Botswana. Może tym razem nie zajmie nam to aż trzech godzin, a przy okazji o tak wczesnej porze nie spotkamy oszustów z którymi mieliśmy ostatnio duży kłopot.

Dzisiejszym celem jest Safari. Jestem zachwycona, aż trudno mi uwierzyć, że będę mogła z bliska podziwiać żyjące na wolności zwierzęta, które dotychczas widziałam jedynie w zoo.
Złożyliśmy nasz camping, namioty wraz z całym sprzetem, wszystko poszło dosyć sprawnie, po czym ruszyliśmy w drogę. W niespełna godzinę dotarliśmy do granicy. Jest jeszcze wcześnie rano, mimo to już zaczyna być gorąco. W koło pełno ludzi z ogromnymi pakunkami, wszyscy czekamy na swoją kolej i potrzebne dokumenty. Znów najwięcej czasu zajmuje odprawa naszych dwóch aut. Oczywiście by wrócić do Botswany musimy ponownie przepłynąć rzekę promem. Upływa długa godzina, spędzona na załatwianiu formalności.

Cierpliwie czekamy na parkingu, gdy nagle z każdej strony nadchodzą nasi ulubieni przyjaciele, małpy. W jednej chwili zostaliśmy otoczeni przez stado głodnych szympansów. Od razu ogarnia mnie strach, musimy mieć oczy dookoła głowy, bo małpy potrafią być niebezpieczne, o czym mieliśmy okazję już się przekonać. Całe szczęście tym razem nie mamy nic do jedzenia, więc nie zwracają na nas uwagi. Tak naprawdę sami jesteśmy głodni. Szybka kawa o piątej rano i lekkie śniadanie to o wiele za mało. Nareszcie!! Wjeżdżamy na prom. Przepłynięcie rzeki nie trwało więcej niż pięć minut, teraz czeka nas druga odprawa pozwalająca wjechać do Botswany. Tym razem poszło o wiele sprawniej… Ruszamy w stronę Safari.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze by zatankować auta, uzupełnić zapasy wody oraz zrobić zakupy na wieczornego grilla. Przed nami dwie godziny drogi by dotrzeć do parku.

Każdy nowy dzień staramy się wykorzystać w pełni, ja osobiście jestem pod wrażeniem i cieszę się z każdej spędzonej tu chwili. Afryka jest cudowna, taka jaką ją sobie wyobrażałam, niezwykle inna przez co, zachwyca mnie jeszcze bardziej!

W czasie naszej podróży mijamy różne wioski, wtedy zawsze proszę Jana by trochę zwolnił. Z ciekawością obserwuję bawiące się dzieci oraz dorosłych, którzy siedzą przed swoimi domami. Zastanawiam się jak spędzają swój każdy dzień. Mimo, że nie mają luksusowych willi, nowoczesnych aut i zielonych ogrodów, to odnoszę wrażenie, że mieszkający tu ludzie są szczęśliwi. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że czasem do szczęścia wystarczy tak niewiele. Nie jest ważne to wszystko co posiadamy, tylko to jacy jesteśmy i jakimi ludźmi się otaczamy.
Niektóre wioski są bardziej rozbudowane, z domami z cegły w innych natomiast można zobaczyć jedynie szałasy. Takie prawdziwe z drewnianych bali, tynkowane błotem i krowim łajnem, proste ale co najważniejsze spełniające swoją funkcję. Moją uwagę zwróciły kościoły, bo jest ich tu bardzo dużo. Rzucają się w oczy już z oddali, solidne, oczywiście murowane. Przez chwilę zastanawiam się nad tym wyobrażając sobie, czy to właśnie te które zostały zbudowane przez dobroczynnych misjonariuszy z pieniędzy uzbieranych od ludzi dobrej woli. Przypominam sobie jak sama kiedyś marzyłam o takiej wyprawie. Jakoś brakowało mi w tym wszystkim logiki, po co zbudowano je takie wielkie i piękne? Czy nie lepiej byłoby odbudować te skromne domy w koło, niż stawiać pośród nich  taki gmach?
Przejeżdżamy rownież przez większe miasteczka w których znajdują się osiedla z wysokimi blokami, przystanki autobusowe i supermarkety.
Panuje tu taka drastyczna przepaść pomiędzy życiem ludzi i ich miejscowościami. Choć często oddalone są od siebie zaledwie kilkanaście kilometów, to bardzo się różnią.

Dochodzi południe teraz jest naprawdę gorąco, jednak nikomu to nie przeszkadza, bo co nam da marudzenie lepiej przecież do pewnych spraw się przyzwyczaić. Nagle kończy się asfaltowa droga, co oznacza że wjeżdżamy na safari. Piach po którym jedziemy nie pozwala nam przekroczyć 20 km/h. W pewnej chwil zatrzymaliśmy się, musimy zaczekać na nasze drugie auto, znajomi gdzieś się zgubili.

Głucha cisza, skwar, suche drzewa i krzaki nie widać tu ani jednej żywej duszy. Nie możemy oddalać się od auta, kto wie co czycha za rogiem!

Susza jaka panuje na safari jest tak uciążliwa i trudna do zniesienia. Obserwując tutejszą roślinność, a raczej badyle wystające z piachu, można od razu zauważyć jak bardzo brakuje im wody.

Oooo matko! żyrafy, o mały włos, a jedna z nich wpadłaby pod auto przed nami. Dobrze, że zdarzyliśmy wyhamować i nikomu nic się nie stało. Powoli ruszamy dalej, poddenerwowani zaistniałą sytuacją. Zostawiamy je w spokoju, wystraszone ukryły się w krzakach, takie wielkie, a tak strachliwe…

Jest juz kolejny dzień, a my nadal nie wyjechaliśmy z parku, aż trudno mi w to uwierzyć co się wczoraj wydarzyło. Właśnie czekamy na mechanika z nadzieją, że uda mu się naprawić jedno z naszych zepsutych aut. Jest strasznie goraco odrobina cienia i turban na głowie nie przynosi oczekiwanej ulgi…

Zwiedzaliśmy park, podziwialiśmy zwierzęta,  mijaliśmy całe rodziny słoni, które stały ukryte pod koronami suchych drzew, licząc na odrobinę cienia. W oddali przechadzały się zebry. Gdzieniegdzie zza krzaków widać było długie szyje żyraf. Drogę przebiegł nam Pumba, słodki guziec, śmiałam się wtedy przypominając sobie jego przyjaciela surogatkę Timona z bajki Król lew.

Wielka szkoda, że nie udało nam się zobaczyć lwów. W ciagu dnia leniwi królowie leżą przecież w wysokich trawach by potem w nocy, gdy temperatura znacznie spadnie, wyruszyć w poszukiwaniu jedzenia.

Tej nocy to my mogliśmy być dla nich dobrą kolacją.
Wszystko było w porządku. Zgodnie z planem przekroczyliśmy bramę wyjazdową ogrodzonej części parku i ruszyliśmy w kierunku Maun, najbliższej miejscowości, oddalonej o 100 kilometrów. Tam zamierzaliśmy spędzić nadchodzącą noc. Do momentu, gdy nieopodal zobaczyliśmy mały zbiornik wody, po czym padł genialny pomysł by go pokonać!

Dodam, że mogliśmy równie dobrze go ominąć. Tylko po co omijać? Taka okazja jak można odpuścić?  Przecież te auta są stworzone do tego typu wyczynów, napewno damy radę! My nie zamierzaliśmy ryzykować i brać w tym udziału. Zatrzymaliśmy się naszym autem przed wodą, zaraz za autem chłopaków, obserwując ich poczynania z nadzieją, że żartują.

Jednak nie! Ruszyli na pełnym gazie i auto wjechało do wody po czym ugrzęzło do połowy. Oczywiście jak przypuszczaliśmy było za głęboko. Myślałam, że nie uwierzę! Jak można było być tak nieodpowiedzialnym. I co teraz? Zostaliśmy sami na środku sawanny, a co najgorsze była już prawie 18.00 i zaczynało robić się ciemno. No to teraz zobaczymy upragnione lwy pomyślałam, albo krokodyle, kto wie co jeszcze!

Słońce zmierzało ku zachodowi ostatnie promienie przeszywały pomarańczowo-czerwone niebo. Niestety piękny zachód na safari,  był teraz najmniej ważny.
Po prostu w jednej chwili cały nasz plan legł w gruzach. Wyprawa, którą organizowaliśmy prawie przez pół roku.
Póki co trzeba było działać szybko nim nastanie całkowity mrok. Znaleźliśmy linke holowniczą, zamontowanie jej w wodzie wcale nie było łatwe. Oczywiście ja tam nic nie montowałam, stałam na brzegu i ze łzami w oczach przyglądałam się całej sytuacji, układając w głowie czarny scenariusz. Modliłam się by zaraz nie nadpłynął jakiś krokodyl i nie zaatakował stojących w wodzie śmiałków. Byłam zrozpaczona, gdy widziałam wściekłego Jana, jak nerwowo wrzucał wsteczny bieg. Pozostali  w tym samym czasie próbowali wypychać auto na brzeg. Linka aż skwierczała, wszystko na nic, zanurzone auto ani drgnęło. Nasz silnik też nie dawał już rady i spod maski zaczął unosić się dym. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że jednak się uda. Niestety i co teraz, gdzie szukać pomocy telefony nie działają, nie ma zasiegu. Zostaliśmy sami po środku safari.

Mój kochany Jan patrzył na mnie ze smutną miną, widziałam w jego oczach, że było mu strasznie przykro. Przecież miało być tak pięknie… Jednak to nie był dobry moment by go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Sama do końca w to nie wierzyłam. Nikomu nie było już do śmiechu. Zaczeło się ściemniać a my nie mieliśmy planu B. Chmara komarów i wszelkich nadwodnych owadow unosiła się nad stawem. Oczywiście byliśmy zaszczepieni ale mimo wszystko w duszy myślałam, malaria murowana! Siedziałam w aucie, czyli jedynym bezpiecznym miejscu i czekałam na rozwój okropnej sytuacji w której znaleźliśmy się na własne życzenie. Wpatrywałam się w otaczającą nas ciemność, nieco rozświetloną reflektorami auta, gdy w pewnej chwili dostrzegłam ciekawskie hieny. Powoli zmierzały w naszym kierunku. Jak tylko je zobaczyłam całkiem już spanikowałam. Przypomniałam sobie filmy przyrodnicze, które jako dziecko często oglądałam z dziadkiem, że tam gdzie pojawiają się hieny zaraz do uczty dołączają lwy.

Mroczna noc, głosy dzikich zwierząt, docierające z oddali, gryzące komary, a teraz jeszcze te hieny cała ta atmosfera przyprawiała mnie o dreszcze. Był to najgorszy moment mojego życia, nigdy tak się nie bałam jak tego wieczoru.
Jak każda historia nawet ta najgorsza ma swój koniec. Nasza też miała. Taki, że nawet nam się nie śniło.
Zastał nas już późny wieczór, mieliśmy świadomość, że sytuacja nad wodą robiła się zbyt poważna. O spaniu tam nie było nawet mowy, byłoby to zbyt ryzykowne i niebezpieczne. Postanowiliśmy jechać poszukać pomocy i miejsca gdzie będziemy mogli spędzić noc. Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i zapakowaliśmy się w siedem osób do jednego auta. Jak już wcześniej wspominałam najbliższe miasto oddalone było o sto kilometrów. Nie mieliśmy jednak innego wyjścia.

W ciemności po piachu, auto bujało się na wszystkie strony, teraz brakowałoby tylko tego byśmy się zakopali.
Nagle tuż obok nas ukryty w krzakach na wyciągnięcie ręki, stał ogromny słoń! Byliśmy przerażeni, w takiej odległości podziwianie słonia było naprawdę niebezpieczne. Spokojnie, bez paniki udało nam się ruszyć dalej, nie chcieliśmy jeszcze bardziej go przestraszyć, by nas nie zaatakował.
Przejechaliśmy może z dwa kilometry, podczas których staraliśmy się myśleć pozytywnie i wierzyć że ta droga kiedyś się skończy. Ku naszemu zdziwieniu nagle ukazał się szyld, znajdującego się w pobliżu lodge. Nie zastanawiając się długo zboczyliśmy z drogi by tam szukać pomocy.
Nie był to zwykły lodge, na sam jego widok można było się domyśleć, że nie należał również do najtańszych. Pięknie oświetlony, zielony teren na którym rozstawione były domki i wielkie namioty. Ale zaraz, dlaczego nie ma tu ogrodzenia?
Na wejściu przywitał nas jego rezydent. Opowiedzieliśmy mu o całej sytuacji i o tym jak bardzo potrzebujemy pomocy.

Co usłyszeliśmy? Niestety ale nie mają już wolnych miejsc, a noc kosztuje tu 400€. Myślałam że padnę. Zaczęliśmy tłumaczyć, że zależy nam tylko na kawałku bezpiecznego miejsca, a spać możemy nawet na ziemi. Mimo naszych próśb i błagań, nie dało się go przekonać. Wtedy już nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. W dodatku nieopodal bo jakieś 500 metrów usłyszeliśmy ryczące lwy, które jak się później okazało pożerały martwego słonia. Mi już wystarczyło wrażeń, byłam wykończona całym dniem, nie mogłam przestać płakać. Staliśmy jak takie berazdne sieroty, czekając niewiadomo na co, może jakiś  cud! W trakcie tego całego cyrku, z nieba spadła nam grupa niemieckich turystów, którzy wybierali się z przewodnikiem na nocną wyprawę. Usłyszeli jak rozmawiamy i zapytali nas co tu się dzieje, dlaczego tak stoimy a my dziewczyny płaczemy? Goście hotelowi tak się oburzyli że rezydent chce zostawić nas na pastwę losu i pożarcie lwom. Sami zaproponowali nam swoje pokoje, mówiąc że to zbyt niebezpieczne i nie ma mowy byśmy na noc zostali tu na zewnątrz.

Chwilę później znalazły się nawet dwa wolne namioty! Wtedy odetchnęliśmy już z ulgą!

 

 

Serie 881

Post Author: Paulina

One Reply to “„Wyprawa na Safari””

  1. Ale szaleństwo! Przygoda życia!
    Cudownie opowiadasz, tak, że byłam tam z Wami pełna zachwytu, wzruszenia i strachu.
    Czekam na kolejne historie i piękne zdjęcia😍

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may also like

„Antyczne, kryształowe”

Antyczne, kryształowe Wydawałoby się, że na południu Francji zawsze świeci

„Na placu pod Iglicą”

Na placu pod Iglicą W czasie mojego pobytu w Polsce

„Tajemnicza Cambria”

Tajemnicza Cambria W drodze do San Francisco zatrzymaliśmy się w

Blog