Rajskie Safari Lodge

 

Po całym dniu pełnym wrażeń, jedyne o czym marzyłam najbardziej to wskoczyć do tego wygodnego łóżka, które właśnie ukazało się moim oczom i po prostu zasnąć. Wielkie wojskowe namioty, w których mieliśmy spędzić naszą krótką już noc, z zewnątrz w niczym nie różniły się od tych standardowych. Dopiero, gdy weszłam do ich środka i zobaczyłam luksusowo urządzone wnętrze, zaniemówiłam. Przypominało to raczej hotelowy pokój, niż zwykły namiot. Ciepłe, przyćmione światło lamp, nieco rozjaśniało to miejsce, tworząc w ten sposób przytulną atmosferę. Po środku stały dwa wielkie łóżka, starannie zaścielone świeżą pościelą, a obok nich eleganckie nocne szafki. Przez chwilę wydawało mi się, że naprawdę śnię. Nie mogłam uwierzyć, że wśród dzikiej natury safari, możemy trafić do tak ekskluzywnej  sypialni.

Pewnie myślicie sobie jak można zapłacić, aż tyle pieniędzy, by przespać się w super namiocie.Wysoka cena to nie tylko luksusowy wystrój wnętrza. Turyści płacą tu za wiele większą i ciekawszą atrakcję, którą jest brak ogrodzenia.
Tak, właśnie! Cały lodge z żadnej strony nie ma siatki, więc każdy gość jest tu mile widziany. Gdy się o tym dowiedziałam, nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać. W dodatku co niektórym z członków naszej grupy wciąż brakowało wrażeń. Kolejnym genialnym pomysłem na jaki  właśnie wpadli, było rozpalenie grilla, pomyślałam że to dobre żarty!
Nie to nie były żarty, rozpalamy! Mmmm… zapach mięska na pewno zwabi głodne zwierzaczki.  Na chwilę usiadłam przed namiotem z rozbawionym towarzystwem, obserwując pieczące się na grillu steki ale przede wszystkim po to by wpatrywać się w pobliskie krzaki. Sama nie wiem na co czekałam, chyba na ten moment gdy coś nagle z nich wyskoczy.  Z przerażeniem nasłuchiwałam dochodzące z oddali głosy dzikich zwierząt. Moja wyobraźnia nie dawała mi spokoju, z tego wszystkiego straciłam nawet apetyt i stwierdziłam,  że lepiej będzie  jeśli pójdę spać.
Następnego dnia obudziliśmy się wcześnie rano, na szczęście wszyscy cali i zdrowi. Poprzedniej nocy byłam tak zmęczona, że gdy tylko zamknęłam oczy, nie słyszałam już nic. Nawet tego, że mieliśmy nieproszonych gości. Obok naszych aut znaleźliśmy ślady wielkich stóp, czy już się domyślacie? Nasz znajomy potwierdził ten fakt, że w nocy gdy wszyscy już usnęli a jemu bardzo chciało się do toalety, usłyszał coś wielkiego wychodzącego z krzaków i mało nie narobił w gacie. To były słonie, przechodziły tuż obok naszego schronienia…
Mimo wszystko wczorajszy dzień zakończył się happy endem. Nawet obsługa lodge okazała się bardzo miła. W trakcie śniadania, pozwolili nam skorzystać ze swojego telefonu, byśmy mogli rozwiązać pozostawiony nad wodą problem.

Po około godzinie nieustannego dzwonienia, nareszcie udało nam się załatwić mechanika, który był w pobliżu. Bardzo żałowaliśmy, że tak szybko musieliśmy opuścić to rajskie miejsce.

W oczekiwaniu na mechanika.

Na pożegnanie spotkałam jeszcze polskich turystów, którzy właśnie wyruszali na wycieczkę.  Rozbawiła mnie ta wesoła ekipa. Wszyscy w kapeluszach, wyposażeni w lornetki coś w stylu ruszamy na podbój safari i te hawajskie kwiaty! Oczywiście nie mogło przy tym zabraknąć zimnego piwka w puszce. Bardzo poprawili mi humor, życząc nam wszystkiego dobrego! Swój spotka swego nawet na końcu świata, albo lepiej jaki ten świat mały!

Przed i po akcji.

Wróciliśmy nad wodę. Ekipa ratunkowa wyciągnęła już auto, a my czekaliśmy na ich werdykt czy da się coś zdziałać, czy raczej potrzebny będzie warsztat. Niestety po kilku godzinach usłyszeliśmy złą wiadomość, silnik jest zalany i nie ma mowy by odpalił, wiec nie pozostało nam nic innego jak odholować auto 100 km dalej do Maun. Koszt wycieczki 3500 puli czyli jakies 350 euro.  No to w drogę!

 

Jest strasznie gorąco, oczywiscie klimatyzacja musi być wyłączona żeby nie spalić za dużo benzyny. Zostało 70 km do Maun, do tego licznik paliwa przestał działać, modlę się byśmy tylko dojechali. Mamy już dosyć tego parku i ta okropna droga, gdybym nie miała pasów, uderzałabym głową w dach. Tymczasem żar leje się z nieba. Grunt to się nie denerwować i korzystać z pięknego urlopu.

Chyba nigdy stąd nie wyjedziemy. Pięciolitrowy baniak z wodą na pewno wystarczy by zaspokoić pragnienie tylko jak tu sie napić na trampolinie. Najchętniej to wskoczyłabym do tej butli. W mgle piachu mineliśmy kolejnych turystów. Na samą myśl by wrócić do parku i zwiedzać robi mi się słabo. Nie mogę nawet swobodnie oddychać, bo mam zatkany nos od tego strasznego kurzu i suszy… Pot leje nam się po plecach, w końcu wjeżdżamy do pierwszej miejscowości Shoba, gdzie zaczyna się asfaltowa droga. Pocieszam się, że połowę trasy mamy już za sobą.
Do Maun dojechalismy około godziny trzynastej. Od razu odstawiliśmy zepsute auto do warsztatu. Teraz musielismy tylko poszukać miejsca campingowego na dzisiejszą noc.

Zajechaliśmy na pierwszy camp, ale chwileczkę co czytam na szyldzie? Crocodile camp. Kolejne super miejsce, pewnie też bez ogrodzenia! Weszliśmy na teren noclegowy, już od samej bramy robił niesamowite wrażenie, zresztą jak wszystkie dotychczasowe pola campingowe. Restauracja pokryta dachem ze strzechy ogromny bar, zrelaksowani turyści, no i najważniejsze basen. Marzyłyśmy z Floronce by już do niego wskoczyć. Bo przecież upał nie dawał żyć! Niestety teraz nie było na to czasu. Urocza czarnoskora pani w recepcji, nie miała dla nas dobrych wieści. Wszystkie miejsca były zajęte,  jedyne co mogła nam zaoferować to pole campingowe wśród krokodyli, gdzie należalo być bardzo ostrożnym, a wieczorem nie wchodzić do basenu. Pomyślałam, że jak dla mnie najlepiej byłoby w ogóle nie wyłaniać się z namiotu. Wczoraj atrakcje na safari, a  dzisiaj krokodyle, pewnie! Po ostatniej nocy już nic mnie nie przerazi. Pytanie tylko, jak my to zrobimy bez drugiego auta i z dwoma namiotami w siedem osób. Potrzebujemy chociaż jeden wolny pokój. Niestety nic tu po nas musimy szukać dalej.

 

 

 

Chwilę później trafiliśmy do kolejnego lodge o nazwie Safari Camp, który przypominał raczej ogromną dżunglę. Rosła tu niesamowicie zielona i soczysta rosliność, a wszystko za sprawą zainstalowanego systemu nawadniajacego. Unosząca się w powietrzu lekka bryza i wilgotny klimat tego miejsca sprawiły, że od razu zapragnęłam tu zostać.

Z konarów drzew dobiegały radosne śpiewy egzotycznych ptaków. Jak tu cudnie, tylko czy będą wolne pokoje? Mamy! Wynajeliśmy pokój z dwoma lóżkami 95$ plus jedno miejsce na polu campingowym, za 111 puli czyli około 11€. Po wypęłnieniu dokumentów, otrzymailśmy klucze. Na koniec pani z recepcji poinformowała nas byśmy nie pili tutejszej wody, co akurat było dla nas oczywiste już od początku naszej podroży.  Mieliśmy również uważać na natrętne małpy, których niestety było tu bardzo dużo.

Wyjatkowe jest to nasze pole campingowe, nad samą rzeką z krokodylami, cudny widok. Całe szczęście tutaj jesteśmy bezpieczni, bo chroni nas ogrodzenie pod wysokim napięciem. Piękny widok, duża restauracja i dwa baseny. Zaraz do nich wskakuję!

Dobrze byłoby coś zjeść. Przy barze połączyłam się z wifi, co bardzo mnie ucieszyło, bo będąc bez zasiegu już od kilu dniu, chciałam jak najszybciej zadzonić do rodziny, by opowiedzieć im o naszych przygodach. Mimo wszystko codzienny brak internetu i kontaktu z cywilizowanym światem nie jest moim wielkim zmartwieniem.

Zimne piwko jak marzenie do tego ogromny burger. Pragnienie zaspokojone. Słońce dało nam trochę ochłonąć, chowając się za deszczowymi chmurami. O tak deszcz w tej chwili sprawiłby mi wielka radość. Póki co idę popływać w basenie.
W tym czasie zadzwonił mechanik. Sprawa bardzo się skomplikowała, ponieważ coś sie stało z komputerem i nie ma żadnych szans by teraz to naprawić. Do tego jest piątek i warsztat kończy pracę aż do poniedziałku. To nie jest dla nas najlepsze rozwiązanie, bo według planu w niedzielę mamy być już w Kapsztadzie. Gdzie musimy zdać auto i odebrać klucze od naszego domu, zarezerwowanego na kolejny tydzień.

Ja i Floronce mimo wszystko w dobrym humorze.

 

Hippocamp. Tu w drodze do restauracji towarzyszył nam strażnik ze swoją strzelbą, bo w krzakach stał hipopotam.

 

W ciemności nad rzeką jedyne co się świeciło to oczy krokodyli.

Serie 881

Post Author: Paulina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may also like

Szlachcic z Lévignac

Szlachcic z Lévignac Niedziela to dzień kiedy muszę odwiedzić choć

Shark Lady

Shark Lady Marzenia naprawdę się spełniają! Nie wystarczy tylko w

„Wyprawa na Safari”

Wyprawa na Safari   Piękny wschód słońca, śniadanie na świeżym

Blog